Książki są od niedawna modnym tematem. Jest to dobra moda, bo dzięki niej więcej ludzi sięga po książki, a przez to rozwija swoją wiedzę, wyobraźnię czy empatię. Larum wokół książek rozpoczęło się w momencie, gdy w roku 2010 postanowiono podwyższyć na nie VAT aż o 8%. Wówczas pojawiła się masa protestów i petycji, między innymi studentów, o zlikwidowanie tego postulatu. Niestety protesty nic nie zdziałały, co zasmuciło sporą część Polaków. Na całym zamieszaniu skorzystały księgarnie. Co jakiś czas - a tak naprawdę co chwilę - ogłaszają u siebie wielką wyprzedaż książek. Ludzie, zdając sobie sprawę, że wkrótce książki będą kosmicznie drogie, kupują na takich wyprzedażach w ilościach niemal hurtowych. Nie można się im dziwić - jak można nie kupić ciekawej książki, która przed wyprzedażą kosztowała 50 zł (po niej będzie kosztować 54 zł),a teraz… można ją kupić za bezcen? Przecena książek sprawia, że nie tylko klienci mają znacznie więcej lektur w domu i wyrabiają sobie nawyk czytelnictwa, ale również księgarnie mają spory zysk. Utarg całkowity takiej księgarni jest znacznie wyższy, niż w czasach gdy ceny były “normalne”, ponadto księgarnie zyskują nowych, wiernych klientów, którzy nawet po podwyżce cen, będą tam kupować książki (cel ten księgarnie osiągają poprzez rabaty dla stałych klientów itp.). Bardzo często na witrynach takich księgarni pojawiają się najmodniejsze ostatnio tytuły, które również przyciągają klientów. I mimo, że ich cena wcale nie jest obniżona, klient, który “zaoszczędził” kupując inne książki po kilka złotych, uważa, że może sobie “odrobić” i kupić tą jedną jedyną książkę za kilka razy więcej. Jedną z książek sprzedawanych w ten sposób jest np. “Nie potrafię schudnąć” dr. Pierre’a Dukana. Faktem jest, że najbardziej na tego typu chwytach zarabiają księgarnie, ale klienci również są zadowoleni, i - co najważniejsze - dzięki książkom mądrzejsi i bardziej wrażliwi. A tego na pieniądze przeliczyć się nie da.